*Oczami Angeliny*
Szłam brukowaną ulicą w centrum Londynu na spotkanie moją ciotką Jane. Kiedy dzwoniła miała bardzo poważny głos, więc nie wiedziałam czego się spodziewać. Czułam, że te spotkanie zmieni na zawsze moje życie. Wiem...ironia., mam ogromną wyobraźnie. może chodzi tylko oto abym jej pomogła z zakupami, albo widziała kogoś palącego z mojej paczki. Skręciłam w wąską uliczkę i z daleka zauważyłam ciotkę, przestępującą z nogi na nogę i z założonymi rękoma.
-Co chcesz,bo trochę się spieszę.-powiedziałam przystając naprzeciwko niej.
- A co ? Znowu idziesz łazić z tą bandą kryminalistów ? -zapytała. Teraz wstąpiła we mnie złość.
- Mejbi. - odparłam. Jane przewróciła oczami i oznajmiła.
- Muszę ci kogoś przedstawić. - na moją twarz wstąpił delikatny uśmiech.
- Nowy chłopak ?- spytałam zabawnie ruszając brwiami. Ciocia zaprzeczyła i pokręciła głową.
- Nie. Postanowiłam,że już czas abyś poznała mojego brata. Teraz miałam na twarzy wymalowane szczere zdziwienie. Brat ? Nigdy nic nie mówiła o rodzeństwie.
- Masz brata ? - zapytałam z niedowierzaniem w głosie. - I nie raczyłaś mi nic powiedzieć przez tyle lat ?
- Przepraszam. Angie po prostu nie miałam odwagi. - tłumaczyła się ciotka.
- Nie ważne.- odparłam i założyłam ręce. - Jest ktoś kogo jeszcze mam poznać ?
- Zostałyśmy zaproszone do jego domu,a z tego co wiem trzy córki i syna.
- Świetnie,a kiedy to ? - zapytałam od niechcenia.
- Dziś wieczorem. - odrzekła Jane.
- Nie mogę.
- Czemu ?
- Idę do Veronici.
- To się umów na kiedy indziej. - powiedziała ciocia.
- To pójdę teraz i wrócę. No właśnie o której mamy tam być ? - zapytałam.
- o 19. - odparła.
- Wrócę do domu o 18:30.
- Szybciej. Bo musimy dojechać do Bradford.
- To jak ty to sobie wyobrażasz ? Jest 14 mam dwie godziny z czego te 2 godziny zajmie mi dojazd i powrót od Ronnie. - zdenerwowałam się.
- Masz pecha. - odparła ciotka wzruszając ramionami.
- To ty będziesz go miała jak nie pojadę. - zagroziłam.
- Musisz jechać.
- Bo co ?
- Bo tak.
- To zabierzemy też Veronicę.
- To jest spotkanie rodzinne, a nie towarzyskie.
- Veronica to rodzina.
- A jak pozwolę jej jechać to już się zamkniesz ?
- No.
- Nie no tylko tak.
- No.
- Idź już po Ronnie.
- Ok. - powiedziałam i odwróciłam się na pięcie. Przeszłam kawałek i wyszłam na główną ulicę. Doszłam do przystanku i czekałam na autobus który miał mnie zawieść do Ronnie. Podjechał długi, czerwony autobus i wsiadłam do niego. W środku było pełno ludzi. Po przepychałam się trochę aż w końcu jakiś chłopak w kapturze ustąpił mi miejsca.
*Oczami Perrie*
Umówiłam się z Jade, że pójdziemy z Peterem posiedzieć na torach. Byłam strasznie głodna, ponieważ rodziców nie było w domu, a lodówka powiewała pustkami. Niestety nie miałam przy sobie żadnych pieniędzy więc postanowiłam sobie coś wziąć ze sklepu.
Omiotłam wzrokiem wnętrze spożywczaka. Podeszłam do regału z chipsami i po cichaczu wrzuciłam do torby wielką paczkę Lays'ów. Jak gdyby nigdy nic wyszłam ze sklepu. Kiedy tak szłam zaczęły mnie ogarniać wyrzuty sumienia. Znikły natychmiast po tym jak otworzyłam paczkę i zaczęłam jeść.
*Oczami Petera*
- Babciu wychodzę ! - zawołałem na cały dom.
- Choć na chwilkę jeszcze tutaj - usłyszałem słaby głos babci Sophie. Pobiegłem do salonu, gdzie babcia właśnie dzieliła marihuannę na działki.
- Słucham ? - powiedziałem.
- Weź sobie dwie działki za pozmywanie naczyń. - zaproponowała podsuwając mi dwa woreczki zioła.
- Ok, dzięki. - podziękowałem i ukryłem to dobrze w plecaku. Wybiegłem z domu na spotkanie z Pezz i Jade.
Znowu to samo,niosę narkotyki, żeby je ćpać na miejscu śmierci moich rodziców. Może to nie jest najlepszy sposób okazywania tęsknoty ale innego nie miałem. Przecież nie będę całymi dniami tam siedział i beczał bo to bez sensu.
*Oczami Angeliny*
Nareszcie moja stacja. Wstałam i zaczęłam przepychać się między ludźmi aż do wyjścia. Autobus stanął gdy nagle ktoś wypchał mnie za drzwi,a ja upadłam na kolana. Natychmiast wstałam i otrzepałam się.
-Żesz, kurwa musiałam włożyć szorty. - mruknęłam sama do siebie.
Z lewego kolana zaczęła sączyć się krew, więc zaczęłam szukać w torebce jakiejś chusteczki.
- Boże, przepraszam, ktoś z autobusu mnie popchnął nie widziałem cię. - usłyszałam błagalny ton jakiegoś chłopaka przed sobą.
- Dobra, nieważne. - odparłam wzruszając ramionami. Był to ten sam zakapturzony chłopak który ustąpił mi miejsca.
- Krew ci leci choć do jakiejś apteki kupimy plastry. - zaproponował.
- Nie mam czasu muszę iść. - powiedziałam i szybkim krokiem odeszłam w stronę domu Ronnie.
Delikatnie zapukałam do drzwi domu przyjaciółki. Otworzyła mi ona sama, we własnej osobie.
- Hej, ubieraj się jedziesz ze mną. - powiedziałam na przywitanie.
- Że co !? - zapytała zdezorientowana Veronica.
- Jedziesz ze mną do Bradford. Wszystko opowiem ci w drodze ale choć szybko. - ponagliłam ją.
- No dobra, już. - odparła i chwyciła kurtkę. W drodze do przystanku opowiedziałam jej mniej więcej co powiedziała ciotka Jane i o spotkaniu z zakapturzonym osobnikiem.
Kiedy dojechałyśmy pod mój dom, przy samochodzie czekała już ciocia Jane. Wsiadłyśmy do samochodu i odjechałyśmy.
---------------------------------------------
Mam nadzieję, że nie nawaliłam z tym rozdziałem. Jeśli tak to przepraszam :***
Jeżeli to czytacie to skomentujcie. Chociaż jakiś króciutki komentarzyk.
Następny pojawi dopiero w piątek, albo sobotę ponieważ całe jutro mam zajęte.
xX
kiedy next ? :D
OdpowiedzUsuńKończę pisać :D Myślę, że w sobotę wieczorem albo w niedziele się pojawi :))
Usuńno to już czekam :D
Usuń